niedziela, 16 lutego 2014

Mecz pierwszy

Pierwszy dzień w nowej szkole pamiętam jakby to było wczoraj. Przemijałem między zgromadzonymi ludźmi, którzy nawet mnie nie zauważali. Czyli jak zwykle. Moją uwagę przyciągnął werbujący członków, klub koszykówki. Przypomniał mi się w tamtej chwili Aomine. Ten jego zawzięty do walki wyraz twarzy. Chciałbym być dłużej u jego boku, chciałbym by on dalej był moim światłem. Niestety nauka w gimnazjum nie trwa wiecznie, kiedyś musiał nastąpić ten dzień. Dzień rozstania z przyjaciółmi i rozpoczęcie nowego rozdziału w swoim jakże krótkim życiu.
Podszedłem do stanowiska, wziąłem i wypełniłem kartę członkostwa. Nawet nie zwrócili na mnie większej uwagi, rozglądali się dookoła i krzyczeli coś typu; „Klub koszykówki! Zapraszamy nowych członków! Klub koszykówki!”. A gdy już przyszedłem na pierwsze spotkanie i zostało wywołane moje nazwisko to niezmiernie się ucieszyłem, że rozpatrzyli moją prośbę dołączenia. Pamiętam także miny wszystkich gdy się odezwałem... „ On tu cały czas był?” – były słyszalne szepty.
Minął już tydzień. Jak na razie jest to etap zapoznawczy, także jeszcze mało trenujemy, ale widać po minie trenerki, że knuje jakiś przebrzydły, brutalny, wyczerpujący plan treningowy. Wyczuwam leżenie z zimną butelką wody i umieranie gdzieś w rogu sali
- Tetsuya! – usłyszałem, za sobą niski z amerykańskim akcentem głos. To był bodajże Taiga Kagami, dużo wyższy ode mnie i miał przerażający wyraz twarzy, który oznaczał pragnienie wygranej. Tak.. wydawał się być do Niego podobny.
- Tak? O co chodzi? – spojrzałem na „rudzielca” swoimi błękitnymi ślepiami. Nie wiedziałem co on takiego ode mnie chciał.
- Słyszałem, że na karcie napisałeś, że jesteś z „Pokolenia Cudów”. To prawda? – w jego oczach było widać iskrzące się iskierki.
- Tak, dokładnie tak. Byłem jednym z członków „Pokolenia Cudów”. Jednakże można stwierdzić, że najgorszym – na jego twarzy wypisał się gryzmas zawodu, ale jednocześnie ciekawości. Chciał wiedzieć więcej. Zaczął wypytywać o wszystkich członków. Westchnąłem pod nosem. Był on naprawdę niezrównoważony psychicznie jeżeli chodzi o koszykówkę. Pragnął wiedzieć więcej i więcej. Stanąłem na palcach i pacnąłem go otwartą dłonią w głowę.
- To Ci nie pomoże grać lepiej, Taiga – na mojej twarzy pojawił się mimowolny uśmiech. W pewnym sensie jego reakcje były zabawne, ta cała dociekliwość, ale przez to, że myśli cały czas o wygranej może go zmienić w drugiego Aomine. Zimnego sukinkota bez serca. Chyba tylko Momoi, była menadżerka „ Pokolenia Cudów” była wstanie dokopać się głęboko do jego wnętrza i choć troszkę zmienić jego nastawienie, niestety krótkotrwale.
Po treningu zamierzałem przejść się do sklepu by mieć czym zapełnić pustą już lodówkę, jednak przeszkodził mi w tym Kise.
- Kurokocchi! – rzucił się na mnie od tyłu – tak bardzo za tobą tęsknię Kurokocchi! – zaczął ryczeć na całą ulicę.
- Kise-kun, mógłbyś się uspokoić? Stoimy na środku ulicy, może to wyglądać troszkę dwuznacznie w oczach przechodniów.
Nie chciał mnie ten uparty blondyn puścić. Chociaż w pewnym sensie go rozumiem. Czuje się samotny w nowej szkole to normalne. Plus do tego na pewno od niego dużo wymagają w drużynie.
Pogłaskałem go po głowie, by go uspokoić.
- Kurokocchi, mógłbym przyjść do Ciebie?
- Przepraszam, ale właśnie szedłem do sklepu – na jego twarzy pojawił się zabawny grymas.
- Eh?! I Co z tego?! Pomogę Ci zanieść zakupy!
Przez chwile jeszcze próbowałem mu jakoś wyjaśnić, że dam sobie sam radę, ale blondyn w końcu postawił na swoim i nie miałem innego wyboru jak zaprosić go do siebie. Bywa natrętny, ale to dobry chłopak.
Przyniosłem mu ciepłą czekoladę o którą wcześniej mnie błagał. Porozmawialiśmy trochę, w sumie to kilka dobrych godzin i wyszedł. W końcu mogłem odetchnąć po całym dniu. To całe wypytywanie mnie o wszystko trochę mnie zmęczyło.

- Kuroko! Chodź! Zagrajmy razem! – ujrzałem wyciągnięta w moja stronę dłoń o ciemnej karnacji. Zaśmiałem się wesoło.
- Aomine-kun Momoi się znowu zdenerwuje jak nie przyjdziemy na trening! – Daiki krzyknął coś typu, że przecież idziemy trenować, że ona to zrozumie.
Był mecz. Przeciwnicy nie mieli szans. Stali już zrezygnowani. Podałem piłkę Aomine. Kolejny kosz. Wygrywaliśmy 139 – 54. Ta gra nie miała już sensu. Pod koniec podbiegłem do As’a.
-Aomine-kun! Dobrze się spisałeś! – uśmiechałem się szeroko, jednak ten spojrzał na mnie, tym swoim przerażającym wzrokiem.
- Nie pieprz! Tak, dobrze się spisałem, za to ty jesteś b e z u ż y t e c z n y – poczułem jak coś przebija mi serce, to było uczucie nie do opisania. Wszystko zaczęło wirować, stało się ciemno a w głowie słyszałem tylko „ jesteś bezużyteczny”
Obudziłem się cały spocony. To tylko sen...  nie zauważyłem kiedy zasnąłem. Znowu ten koszmar, znowu przypomniał mi się tamten dzień. Cholera! Dlaczego?! Dlaczego muszę być taki do dupy?! Czy tylko umiem podawać tę pieprzoną piłkę?!
Przemyłem się szybko, i wyszedłem na dwór. Było ciemno. Noc. Może godzina  trzecia. Poszedłem na małe boisko tuż obok mojego bloku. Zdjąłem z siebie jasną bluzę i położyłem na ławce.  Zacząłem ćwiczyć. Każdy mój rzut do kosza był nie udany, bywało też tak, że nawet piłka nie była w stanie dosięgnąć do kosza. Minęły może dwie godziny, byłem już wyczerpany. Usiadłem na ziemi i podparłęm się rękoma. Spojrzałem na niebo. Było takie piękne. Miliony gwiazd które migotały bez przerwy.
Chciałbym być jedną z nich...